Kazackie sprawy

Parę dni temu na innym blogu, zupełnie bez związku z jego tematem, pojawiło się pytanie, dlaczego jestem Kazek. Odpowiedź na to pytanie nie ma znaczenia. Liczy się coś innego.
Im jesteśmy starsi, tym trudniej przyklejają się nam ksywy. Przezywamy się w podstawówce, w kolejnych szkołach już mniej. Chłopaki jeszcze z wojska wracali z nowymi ksywami. Jak się ktoś nie dorobi ksywy w kawalerii, to już mu tylko imię zostaje.
Czytaj dalej Kazackie sprawy

Na Stronie

W ZDK-u w najbliższy czwartek przedstawienie Teatru „Na Stronie”. Argument dla tych, którzy twierdzą, że w Oświęcimiu nic nowego się nie dzieje. Od lat ciągle to samo. Od ilu? Liczę. Co najmniej od dwudziestu sześciu – po raz pierwszy byłem na spektaklu „Na Stronie” jeszcze w podstawówce. Ponad ćwierć wieku temu! Czy ktoś celebrował jubileusz? Toczkowie pewnie dopieszczali scenariusz kolejnego przedstawienia. Przywykli, że uczniowie idą we świat i tyle ich widzieli. Ja też, wstyd napisać, przegapiłem dwudziestopięciolecie. Ale za trzy dni dopytam, kiedy stukną trzy dychy.
Czytaj dalej Na Stronie

Cuda

Od czwartku Bartosze w domu. W komplecie. Berti pisze na blogu: „Igor permanentnie ogrywa mnie w przedpokojową piłkę nożną i nie wiedzieć czemu, jak strzelam mu gola, to albo jest spalony, albo sędzia nie uznał tej bramki. Co robić…” Spytałem, jakim cudem w grze jeden na jednego gracz może być na spalonym. Albert najspokojniej odparł, że kiedy Igor sędziuje, wszystko jest możliwe.
Czytaj dalej Cuda

Nieporozumienia

Kolega z roboty wychował się na Łotwie w międzynarodowej rodzinie. Do Polski przyjechał na dłużej, dopiero gdy miał naście lat. Kiedyś czekał na autobus. Na przystanek przypałętał się zalany facet i puścił pawia. Jakaś kobieta, nie ruszając się z ławki, powiedziała: „Ale pojechał do Rygi”. Daniel na to: „Ja też jestem z Rygi!”. Zorientował się, że coś nie gra, ale nie wiedział co. Z czasem poznał lepiej polskie idiomy.
Czytaj dalej Nieporozumienia

Ekipa, czyli skąd się wziął GIT-CORE?

Kilka lat temu bywałem w Warszawie tylko co kilka miesięcy. Przyjeżdżałem na szkolenia, burze albo pranie mózgów – dwa, góra trzy dni. Sześć lat temu podczas takiego pobytu zdarzyło się w przerwie na fajkę, że kolega z roboty, który żył (do dziś żyje) muzycznym półświatkiem, rozdał stojącym wokół popielnicy ulotki reklamujące klubowy koncert. Przeczytałem nazwę: Sabot. Powiedziałem, że byłem już na ich koncercie. Na pełne niewiary „gdzie?” odparłem, że ponad dziesięć lat wcześniej, w Oświęcimiu. „Niemożliwe! Serio?! Oni do dziś pamiętają ten wieczór! Mówią, że był absolutnie wyjątkowy!”. Nie wiem, czy ta reakcja była podkolorowana, ale jako uczestnik tamtego wydarzenia, byłem dumny, że Oświęcimianie nie gęsi.
Czytaj dalej Ekipa, czyli skąd się wziął GIT-CORE?

Kompleks Oświęcimianina

Truman napisał w komentarzu: „dowiedziałem się dopiero dzisiaj że istnieje coś takiego jak >kompleks Oświęcimianina<". Dzięki! Kapitalne. Dwa słowa i wiadomo, o co chodzi. Wstyd mi, że sam na to nie wpadłem. Nie będę wnioskował o zatwierdzenie kompleksu Oświęcimianina jako jednostki chorobowej. Ktoś by jeszcze spróbował wyłudzić rentę z tego tytułu. Gdyby nawet – to bez szans, bo ta przypadłość ma w moim mieście charakter endemiczny.
Czytaj dalej Kompleks Oświęcimianina

Władek z Harmęż

Miał imię z rodzaju tych, któreśmy trzydzieści lat temu uważali za wieśniackie. Kazek, Staszek, Franek to były imiona prześmiewane, przynajmniej tak długo, jak były bezosobowe. Jak się już trafił w szkole, albo na polu (czyt. na podwórku, a dokładniej – pod blokiem) jakiś Józek i okazywał się być normalnym gościem, grającym w piłkę i wsuwającym oranżadę w proszku bez popitki, nikomu nie przyszło na myśl nazwać go wieśniakiem. Bo to straszna obelga była. Może nie wszędzie, ale u nas w mieście, w Oświęcimiu na pewno.
Czytaj dalej Władek z Harmęż