Tel Aviv boi się bagażu

Jedenaście gorących dni w Izraelu spędzili jesienią 2012 roku trzej oświęcimianie: Seven & Hell i ja.
Spisuję wszystkie ważne rzeczy, które zapamiętałem z wyprawy do Ziemi (nie mnie) Obiecanej.
Zdjęcia robił Robert Piekło. Przeważnie.

plaża w Tel AvivieBiada. Pora pożegnać Jerozolimę. Ostatni dzień spędzimy w Tel Avivie. Plan jest prosty: najpierw pozbyć się plecaków, a potem ruszyć na szwendaczkę. Przeczuwałem problemy, wiedząc, jak Izraelczycy traktują bagaż zostawiony samopas. Mnóstwo teczek, toreb i siatek, niby przypadkiem zapodzianych w roztargnieniu, wybuchło w knajpach i autobusach. Wiedziałem, że moje manele wzbudzą podejrzenia, jeśli nie będę ich trzymał przy dupie. A mimo to już pierwszej nocy, ledwo wylądowaliśmy, kierowca busa do Jerozolimy czujnie zapytał, pokazując ma mój tobół walnięty na trawę: „Czyj to plecak?”.
Dlatego zanim wyjechaliśmy z Jerozolimy, postanowiłem sprawdzić, czy na dworcu autobusowym w Tel Avivie jest przechowalnia bagażu. Wątpiłem, czy istnieje. Byłaby przecież zaproszeniem do współpracy dla terrorystów. Seven twierdził, że na pewno jest. Mają przecież rentgeny, bramki i kontrole. Niemożliwe, żeby skazywali wszystkich na dźwiganie dobytku. Jednak w internecie nic nie znalazłem. A w informacji turystycznej przy Bramie Jafskiej usłyszałem, że pewnie chyba jednak raczej… będziemy musieli taszczyć ze sobą toboły po mieście. Ale może w jakimś hotelu uda się je zostawić na przechowanie?
Taksówką (obowiązkowe targi o cenę) do busa, busem do Tel Avivu. Na dworcu autobusowym z pół godziny szukaliśmy informacji dla turystów, zanim skorzystaliśmy z obsługi pasażerów i usłyszeliśmy wyrok: dwanaście godzin dźwigania plecaków. Bo przechowalnia bagażu nie istnieje. Miejskim autobusem podjechaliśmy w stronę plaży. Dowlekliśmy się ledwie do bulwaru, a ja już miałem dosyć spacerów w upale. Zrzuciłem ciężar z pleców i poczłapałem do najbliższego hotelu. Nie miałem nadziei ani złudzeń. Jak to w straceńczej szarży.
Trójka młodych ludzi w hotelowych uniformach wysłuchała mojej prośby. Po krótkiej naradzie po hebrajsku odźwierny obwieścił, że będzie nas to kosztowało sto szekli. Taka promocja, bo od zachodnich biorą w dolarach (to samo mówił przewodnik w Betlejem – umówili się?). Muszą tylko sprawdzić nasze bagaże. Z trudem się powstrzymałem, żeby portiera nie wycałować. Jego kolega wsunął rękę we wszystkie plecaki (kontrola wydała się nam podejrzanie amatorska) i ułożył je wózku.
Do plaży już tylko kilka króków. Nie wiem, po co przy wejściu były natryski, bo kawałek dalej przeczytaliśmy na tablicy „Zakaz kąpieli”. Chyba tylko my zwróciliśmy na nią uwagę. Był drugi listopada i dobrze ponad 25 stopni. A w morzu pewnie ze 20.

cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s