Na Willi Hoessa

Obrazek z hollywoodzkich filmów: dzieciaki pluskają na ulicy, w wodzie tryskającej z hydrantu. O ile dobrze się domyślam, to jest symbol tęsknoty za niewinnym dzieciństwem albo sposób na pokazanie widzowi ubóstwa (kąpiel przy hydrancie musi wystarczyć, bo nie ma posiadłości z basenem). Oczywiście w takiej scenie może chodzić o jedno i drugie: nostalgię za zarazem biednym i radosnym czasem, kiedy bohaterowie doznawali pełni życia chłodząc rozgrzane letnim skwarem głowy w strumieniach rozpływających się na zakurzonym asfalcie albo betonie. Zależnie od czasu akcji zmienia się w filmach kolor skóry dzieciaków, zmienia się miejsce, ale hydrant jest ikoną.
Kiedy miałem kilka-kilkanaście lat chodziliśmy nad Sołę.

W Oświęcimiu nigdy nie było odkrytego basenu. Kąpielisko – owszem, na Krukach, rezerwuarach Zakładów Chemicznych, ale woda tam była mętna, a tłok za duży. Latem Oświęcimianie plażowali nad Sołą. Dzisiaj już coraz mniej takich. Soła na wysokości Oświęcimia jest przeważnie płytka, tylko w kilku miejscach można na upartego popływać. Najlepsze miejsce na kąpiel jest na peryferiach miasta, w górę rzeki. Nie wiem, czy ktoś jeszcze nazywa je tak, jak my je nazywaliśmy. Myśmy się umawiali na Wilahesa. Myśmy szli na Wilahesa. Co bardziej świadomi i dbający o polszczyznę spotykali się na Willi Hoessa, szli na Willę Hoessa. Na Willi Hoessa był długi na kilkadziesiąt metrów, głęboki odcinek. Nurt spowalniał na tyle, że dało się z nim powalczyć. Najpierw płynęliśmy pod prąd, machając rękami jak sprinterzy, ale przemieszczając się w leniwym, spacerowym tempie. Dobrnąwszy do miejsca, gdzie dało się stanąć na dnie, zawracaliśmy. Z biegiem rzeki zagarnialiśmy wodę w majestatycznym rytmie, a chaszcze po bokach umykały z taką prędkością, jakby za moment miał paść rekord świata. Gdyby to się działo pięćdziesiąt lat wcześniej, czułbym się jak Johnny Wiessmuller i po wyjściu na gliniasty brzeg jodłowałbym jak Tarzan. Ale że to był późny prl, czułem się jak Mark Spitz (siedem złotych medali w Montrealu – rekord pobity dopiero przez Phelpsa w Pekinie!), którego oglądałem na filmach szkoleniowych, prezentującego idealne ruchy stylów dowolnego i motylkowego.
Willa Hoessa w Oświęcimiu to jest mój ekwiwalent hydrantu w Harlemie. Dla Amerykanów jakieś dodatkowe znaczenia może nieść kontekst strażacki – fireman to brzmi dumnie! – ale to tylko moje domysły. Dla mnie pierwsze skojarzenie z Willą Hoessa nie miało szerszego kontekstu. Willa Hoessa to nie był dom stojący przy trasie na Brzeszcze; dom, w którym w czasie wojny mieszkał ze swoją rodziną oficer SS, komendant obozu Rudolf Hoess. Jasne, wiedziałem już wtedy, kto to był i skąd się wzięła nazwa Willa Hoessa. Ale to nie miało znaczenia, kiedy latem, w późne popołudnia – woda wtedy najcieplejsza – szliśmy z chłopakami popływać w najfajniejszym miejscu.

Reklamy

Jeden komentarz na temat “Na Willi Hoessa”

  1. Willa Hessa, najlepsze kąpielisko na Sole, ma jeszcze jedno odniesienie obozowe. To, że dno jest tam dużo niżej jest zasługą więźniów obozu, pogłębiających Sołę na tym odcinku (…) [ocenzurowałem – LCh; dlaczego? poczytaj wpis z 2 kwietnia pt. „Jakie słowo nigdy nie padnie na tym blogu?”]. Tak więc miejsce, które dawało nam tyle radości w dzieciństwie ma podwójną konotację obozową.
    A historię tego kawałka Soły opowiedział mi dziadek Moniki, który trafił do KL z Montelupich do bloku 11 (bo gdzie indziej nie było miejsc) i od pierwszego dnia pobytu w KL pogłębiał Sołę.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s